Kilka umiarkowanie (nie)poważnych słów o mnie


Powrót
   Plotki głoszą, że pochodzę z i przebywam w Częstochowie. Z grzeczności nie będę tego dementował. Przez ostatnie 'dzieści lat, poza stanowczym spaniem i nieco mniej stanowczym, ale za to bardziej zdecydowanym prowadzeniem czujnej obserwacji otoczenia, zajmowałem się głównie wyszukiwaniem i zgłębianiem najwymyślniejszych, egzotycznych wręcz zainteresowań. Dajmy na to taka muzyka: waltornia, fortepian i instrumenty strunowe, szarpane, głównie nerwy okolicznych wtedybylców. Chemia: znęcanie się na laboratoriach nad co bardziej wrażliwymi koleżankami przy użyciu syntezowanej na szybko sztucznej krwi w konfiguracji ze wszędobylskim, potłuczonym szkłem. I obliczanie wszystkiego i wszędzie, włącznie z zaliczoną z sukcesem olimpiadą chemiczną. I jeszcze mazgrotanie strukturalnych wzorów przestrzennych jakiegoś toksycznego badziejstwa. Fizyka: rozpędzanie się do prędkości światła i sprawdzanie czy jestem po drugiej stronie drzwi. Od tamtego czasu mam problemy z zegarkiem i zwykle dni mi przeskakują. Biologia: wysadzanie podświetlenia w mikroskopach, bezskuteczne przyzwyczajanie się do aromatu formaliny i tańczenie polki z Waldkiem Kościotrupem z zadzianą czapką uszanką. Do tego jeszcze dochodzą baczne obserwacje w widmie podczerwonym prowadzone poprzez gapienie się z rozdziawionymi ustami na interesujące mnie obiekty ożywione. Informatyka: przekładanie pamięci z komputera do komputera, żeby w Doom'a można było zagrać na sieci, dłubanie śrubokrętem tam gdzie nie trzeba i wsadzanie łapsk tam gdzie się nie powinno, wszystko dla dobra ludzkości, oczywiście. Później, ku ogólnemu westchnieniu ulgi, przerzuciłem się na pisanie programów, szczególnie silników baz danych. Niestety, te nigdy i nigdzie nie zostały zastosowane, pewnie dla tego, że za dużo robaków na setkę paliły i wciągały kabel sieciowy do skrzynki na zakrętach. Robotyka: głównie rozwiązania konstrukcyjne i sterowanie struktur o dynamicznych wymiarach oraz metrowej długości pająka do straszenia ludzi na ulicy poprzez emisję dźwięku „kłuuu”. Elektronika: zegarek z tysiąca i kilku setek tranzystorów oraz procesor z TTLek, którego schemat zapełnił mi ścianę w pokoju i służył jako psychodeliczna tapeta. Później trochę spoważniałem i przez pewien czas zajmowałem się medycyną wschodnią, diagnostyką oraz podstawami pracy manualnej z pacjentem. Ku memu zdziwieniu okazało się jednak, że ludzie są jeszcze bardziej poważni ode mnie i bardzo dużo z nich właśnie chce być chorymi i nic się na to nie poradzi. Zrozpaczony i rozbity, zająłem się dwiema poważniejszymi kwestiami. Jedną z nich były studia łączące technikę z ekonomią i kilkoma przedmiotami zaspokajającymi ambicje jakiegoś pomniejszego ministra. Drugą był warsztat - ale o nim za chwilę, najpierw studia, bo mówi się, że to ważne. Tak więc był to okres ciężkiego znęcania się nad prowadzącymi zajęcia i zadawaniu im precyzyjnych pytań z obłąkańczym zainteresowaniem w oczach. Po poważnym przerażeniu laboranta na chemii znanym już numerem z krwią, własnoręcznym odlaniu z mosiądzu orderu z Piłsudzkim, dorwaniu się do najwyższego stypendium ministerialnego przewidzianego dla najlepszych na roku i nieudanej próbie psychokinetycznego ściągnięcia w dół lewitującej i azotującej się właśnie kropli metalu przyszedł czas na popełnienie własnej konstrukcji stanowiska badawczego związanego bezpośrednio z tematyką kolektorów słonecznych. Próba się powiodła a badania dowiodły słuszności stawianej hipotezy. Było to nie do wytrzymania i ponad moje nerwy, więc dla udowodnienia, że to wszystko nie tak, pozostałem na uczelni i rozpocząłem studia doktoranckie, specjalizując się w stawianiu kolejnych hipotez, budowaniu modeli je opisujących a następnie na ich podważaniu i udowadnianiu, że ostatnie miesiące pracy jednak nie będą działać. Całkiem nieźle mi to nawet szło, ciągle byłem w lesie ale za każdym razem miałem w rękawie nową teorię do obalenia. Zabawa była przednia, jednak po wyjedzeniu całego tynku ze ścian w mym pokoju w końcu dojrzałem do decyzji i zająłem się czymś pożyteczniejszym. Mowa tu o praktyce na warsztacie ślusarsko-spawalniczym, wypełniona zmaganiem się z nieposłuszną, upierdliwą i krnąbrną materią nieożywioną składającą się głównie ze stali nierdzewnej i odpadków myśli nieuczesanych. Zaprzyjaźniłem się ze spawarką TIG, obróbką narzędziami ręcznymi i elektronarzędziami oraz z wielkimi maszynami robiącymi ku mej dzikiej uciesze bardzo dużo hałasu i ogólnego rumoru. A z obróbką skrawaniem to chodziłem nawet na randki. Do dziś najbardziej zdumiony jestem siłą perswazji, jaką posiada dwudziestokilogramowy młotek. Za najciekawsze i najbardziej druzgocące doświadczenie tego okresu uważam własnogłowne wymyślenie czegoś tak, żeby dało się to zrobić nie przenicowując jednocześnie praw fizyki i ekonomii na ósmą stronę. Druzgocące tym bardziej, że byłem przekonany o niemożliwości zaistnienia takiego zbiegu okoliczności i przypadku jednocześnie. A wszystko na podstawie bieżących obserwacji tego co się dzieje wokół. Szczególnie w kraju. Jednak gdy moje pomysły zaczęły przelatywać przez ściany i wybijać nieplanowane otwory wentylacyjne w sufitach, przemieniając się jednocześnie w sterty powyginanego i sprężynującego złomu, zrezygnowany, zacząłem wyżywać się na samochodach. Wyszło szydło z worka, okazało się, że lubię nisko, twardo i głośno. I im bardziej trzęsie i ryczy, tym lepiej. Doprowadziło to do wielu godzin spędzonych na ulicy i na torze w metalowej, warczącej i trzeszczącej, radośnie podskakującej stalowej puszce, w której ponoć tylko właściciel czuje się dobrze. No i jeszcze, przypadkiem właściwie i chyba dla świętego spokoju, dali mi licencję wyścigową, tak egzaminatorów wytrząsłem. Ale, taki stalowy rumak nie tylko oleju i benzyny ale i serwisu potrzebuje. Tak więc zmusiło mnie to do własnoręcznego dłubania, rozkręcania i skręcania (ale bardziej do rozkręcania), naprawiania i w końcu do dorabiania najróżniejszych elementów po swojemu. Aż kiedyś wpadłem na pomysł, żeby przerobić wszystko. Hm ... to nie był dobry pomysł. Nie, stanowczo stwierdzam, to był zły pomysł. Zło kapało z niego jak cuchnący olej z utopionych w zimnym oleju, niedosmażonych frytek. Skorupa stoi czwarty rok i ma się całkiem nieźle, czasem przyjaźnie macha mi kołem przez tylne okno. A wszystko przez to, że zająłem się fotografią. Po prostu uwiódł mnie ten dźwięk, takie kłaaaap-bziuuuut. I nawlekanie kliszy. I bawienie się wielgaśnymi i ciężkimi obiektywami. I targanie kilkunastokilogramowej torby wszędzie ze sobą. Na początku to nawet nic nie musiałem robić, ludzie sami uciekali widząc jak się zbliżam. Tak więc mogłem spokojnie i w błogosławionej ciszy zająć się fotografowaniem krajobrazów siedząc pilnie w krzakach i czając się za drzewami, żeby tego krajobrazu, wiecie, nie spłoszyć przypadkiem. Ba, nie tylko krajobraz ucieka i się chowa. Nie ma nic bardziej deprymującego niż na przykład księżyc, który się jorgnie, że się go akurat teraz fotografuje - normalnie zaczyna uciekać, wredne stworzenie. Jak by mu na czymś zależało, kurde. Dobrze, że przynajmniej zawsze spiernicza w tę samą stronę. Choć raz zdarzyło się, że cwaniak zygzakował. Ale wtedy to cały świat zygzakował, więc przyjąłem wielce naukowo, że to się nie liczy. Później, gdy ludzie już nauczyli się, że najczęściej nie gryzę bez ostrzegawczego mruknięcia, zaczęli powoli i nieufnie podchodzić, a ja rozpocząłem naukę portretu. Głównie na czarno-białej kliszy. Dziś już mi się nie chce tak ciągle na tej kliszy, ileż to można, wytapetowałem nią drugą ścianę w pokoju. Teraz z resztą ta ściana patrzy na mnie tysiącami mniej lub bardziej wymownych spojrzeń. Czasem niektóre mrugają. Całe szczęście, że ich nie rozumiem. Z tymi aparatami sprawa oczywista, nie potrafiłem utrzymać łap przy sobie i zaraz jakiś sprzęt popsułem, że teraz to tylko w podczerwieni widzi albo patrzy przez taką maciupką dziurkę. Albo cała historia jak to zupę grzybową próbowałem ugotować na starym, zapleśniałym obiektywie i go przy okazji wyczyściłem. Wypaliłem w sumie jakieś kilkaset klisz, stwierdziwszy, że to całkiem czadowa zabawa i przesiadłem się ku rozpaczy i zgryzocie właścicieli magazynów z przeterminowanymi rolkami na nieco bardziej nowoczesną technologię cyfrową. Po prostu karty pamięci nie zajmują tyle miejsca w lodówce. Moje prace oraz skutki innych, mniej lub bardziej (zwykle bardziej) dziwnych wymysłów można znaleźć w innych zakamarkach tej witryny oraz w moim pokoju w trakcie burzliwych okresów nieporządku.

Powrót
(c) Marek Czekaj, 2006-2010